Miejscowości

Okolice Soliny i Polańczyka

Okolice Cisnej i Wetliny

Okolice Ustrzyk Górnych

Okolice Lutowisk

Okolice Komańczy

Okolice Ustrzyk Dolnych

Okolice Baligrodu

Okolice Leska

Okolice Sanok

Wiadomości

Aktualności

Fotorelacje

Videorelacje

Najbliższe wydarzenia

Ciekawostki

Ciekawostki (10)

czwartek, 15 maj 2014 13:19

Cieśle z sanockiego Skansenu ponownie na Podkarpaciu

Napisane przez

Bojkowska chata pasterska w Rabem, najnowsze dzieło podhalańskich budowniczych, w ostatnich dniach nabrała wreszcie kształtów. Kształtów w sensie dosłownym, bowiem składana w tatrzańskim Dzianiszu została przywieziona i złożona w naszym bieszczadzkim Rabem. Przygotowanie materiałów na budowę, ich obróbka oraz konstrukcja zrębu zajęły ośmioosobowej ekipie cieśli około czterech tygodni, a złożenie ich na miejscu w całość zaledwie trzy dni.

Pomysłodawcą budowy chaty pasterskiej jest Adam Pikuła - gospodarz Gościńca Rabe. Można rzec, że inspirację do owego przedsięwzięcia zaczerpnął wprost z rodzinnej ziemi, ponieważ Gościniec, zanim jeszcze został przekształcony w pensjonat turystyczny, był właśnie obiektem rolniczym o tradycjach owczarskich. Warto w tym miejscu dodać, że osiągnięcia państwa Pikułów w dziedzinie hodowli owiec były swego czasu niejednokrotnie doceniane przez branżowców i otrzymali oni za osiągnięcia na tym polu m.in. złoty medal od Ministerstwa Rolnictwa.

Firma z Dzianisza jako wykonawca w dziedzinie tradycyjnej architektury drewnianej już raz dała się poznać podkarpackiej społeczności. To właśnie ona jest bowiem twórcą słynnego Rynku Galicyjskiego w sanockim Skansenie- Muzeum Budownictwa Ludowego.

Na rynku budowlanym działa od ok. 5 lat, a złożona jest z fachowców, którzy swoje umiejętności kształcili u lokalnych podhalańskich majstrów od bardzo młodych lat życia. Ich drewniane budowle podziwiać możemy nie tylko w Polsce, ale również w sąsiadujących z nami państwach jak Ukraina czy Niemcy. Jednak na Podkarpaciu jest to dopiero ich drugie, zaraz po Galicyjskim Rynku, dzieło.

Chata bojkowska, budowana z ręcznie ciosanych bali świerkowych, montowana jest wg dawnych metod budownictwa drewnianego. Mimo że jej głównym przeznaczeniem będzie noclegowa obsługa turystów, ma nawiązywać do motywów i tradycji pasterskich, z którymi związany jest Gościniec Rabe. Podobnie zresztą jak i jej nazwa, która choć jeszcze bliżej nieokreślona, czeka na swój ostateczny, związany właśnie z tradycją kształt - „Szałas Pasterski”?, „Zagroda Pasterska”? Według koncepcji pomysłodawcy ma ona stanowić również swego rodzaju centrum edukacyjne o pasterstwie.

DSC 0007

Chodzi o to, żeby hodowlę owiec i branżę turystyczną połączyć ze sobą, w jakiś sposób zespolić. My jako wyraz połączenia tych dwóch dziedzin planujemy w przyszłym roku uruchomić pasterską zagrodę edukacyjną” - tak kilka miesięcy temu podczas międzynarodowej konferencji – „Na pasterskim szlaku” wypowiadał się Adam Pikuła inicjator przedsięwzięcia, podczas wywiadu z TV Rzeszów. Zagroda ma być pierwszym bieszczadzkim tematycznym obiektem turystycznym tak ściśle związanym z tradycją regionu jaką jest pasterstwo.

Mimo iż od kilku lat Bieszczady sukcesywnie promowane są jako znakomite miejsce dla nowych inwestycji, niełatwo dopatrzyć się przedsięwzięć, które wykraczałyby poza sztampę letniskowych domków turystycznych. W dodatku w dobie turystycznej posuchy wydawać by się mogło, że szanse pełnego sukcesu mają jedynie tak gigantyczne inwestycje jak hotel Arłamow, będące „hitem” na skalę Europy. Jednak przykład bojkowskiej zagrody pasterskiej powstającej przy Gościńcu Rabe pokazuje, że pośród drobniejszych inwestycji turystycznych wciąż istnieje spory obszar dla ciekawych konkurencyjnych pomysłów. Pomysłów, które w swojej prostocie wzbogacają bieszczadzką tożsamość kulturową o bardzo przystępny i atrakcyjny produkt turystyczny.

DSC 0334

DSC 0335

DSC 0336

PC207303

Projekt „Parki, rezerwaty i pomniki czyli formy ochrony przyrody wBieszczadach” realizowany przez portal turystyczny Bieszczadach.net jego celem jest popularyzacja wiedzy o formach ochrony przyrody na terenie południowo-wschodniej Polski. Omawiany teren odznacza się dużymi walorami przyrodniczymi, przez co jest magnesem dla odwiedzających go turystów. Większość z nich z pewnością chciała by poszerzyć swoją wiedzę temat bieszczadzkich form ochrony przyrody.

Poprzez publikowanie na łamach wBieszczadach.net artykułów o tematyce przyrodniczej, właściciele portalu żywią nadzieję, że tym samym poszerzą wiedzę czytelników. Chcą także ich uświadomić o konieczności popularyzacji idei ochrony przyrody ojczystej. Zamiarem właścicieli portalu jest również publikacja tekstów i zdjęć przysłanych na adres e-mail redakcji. Projekt „Parki, rezerwaty i pomniki czyli formy ochrony przyrody wBieszczadach” jest inicjatywą prokonsumencką, proekologiczną i społeczną właścicieli portalu Bieszczadach.net, finansowaną ze środków własnych. Jest to pierwsza tego typu inicjatywa w regionie.

Autor, pomysłodawca i koordynator projektu po raz pierwszy opublikował w roku 2000 dane na temat walorów przyrodniczych Podkarpacia na witrynie www.sanok-przyroda.website.pl. Witryna ta była przez długi okres czasu jedyną tego typu publikacją w Internecie.

Zapraszamy zainteresowanych do współpracy.

Piotr Kutiak

100 4859

Parki krajobrazowe

Rezerwaty:

Pasterze mili, coście widzieli…

 

Pasterze byli pierwszymi, którzy w Betlejem pokłonili się Dzieciątku. Ludzie o tej profesji obecni są w górach na wszystkich kontynentach. Od wieków ludność wypasając w górach stada owiec kojarzy się z wolnością. Właśnie dlatego wartą uwagi jest inicjatywa, która przeszła już do historii Karpat – Redyk Karpacki Transhumance 2013. Mowa tu o budzącym podziw przedsięwzięciu, który dla wielu ludzi zamieszkujących Karpaty kojarzy się z minionymi czasami, gdzie na górskich polanach i halach spotykali pasterzy i owce. Celem tego projektu było międzynarodowe spotkanie ludzi żyjących i tworzących w Karpatach, ich integracja, możliwość poznania się oraz ukazanie bogactwa kulturowego mieszkańców. Oprócz tego Redyk ukazał również bogactwa i unikatowość karpackiej przyrody oraz sposoby na zrównoważony rozwój terenów górskich . W Redyku wzięło udział: trzysta sztuk owiec, psy pasterskie, osły i konie (jako zwierzęta juczne) oraz 7 pasterzy (dwóch Czabanów z Rumunii, dwóch Hucułów z Ukrainy oraz trzech pasterzy z Polski). Trasa obejmowała prawie 1400 km na terenie pięciu państw karpackich. Dzienny dystans jaki pokonały owce podczas zarówno wypasu i redyku to 10-20 km. „W Redyku wzięły udział owce rumuńskie, ponieważ chcemy nawiązać do kolonizacji wołoskiej. Postanowiliśmy, że tak jak to miało miejsce kilka wieków temu łukiem Karpat przeszliśmy z owcami pochodzącymi z Rumunii" - informuje Józef Michałek z Istebnej, przedstawiciel Związku Podhalan Oddział Górali Ślaskich.

1 Redyk Ustrzyki - Wetlinka (21)(1)

Redyk Karpacki w Ustrzykach Górnych - 1 lipca 2013r.


Inicjatorem i jednym z pomysłodawców Redyku był Piotr Kohut z Koniakowa w powiecie cieszyńskim, Prezes Fundacji Transhumance: „Jestem bacą w Beskidzie Śląskim i zawodowo zajmuję się wypasaniem owiec. Pomysł Redyku się rodził przez wiele lat i wynika z potrzeby emocjonalnej. Nasze działania od wielu lat polegają na propagowaniu kultury karpackiej. Nie chcemy zamykać się w regionach, subregionach. Chcemy pokazać, że naszym dziedzictwem jest pasterstwo tradycyjne, wynikające z kultury wołoskiej, która to przed wiekami zagospodarowywała tereny górskie. Nasza kultura też musiała się odrodzić kilka lat temu, aby pojawiła się tradycja wypasu. Na Podhalu wygląda to nieco lepiej, ale poszło to trochę w stronę komercyjną. My chcemy wyróżnić każdy region w Karpatach w tym naszym projekcie, a zarazem rozpalić watry w sercach ludzi poprzez przejście owiec, aby zwrócili uwagę na lokalne środowiska, działające na rzecz regionów. Nic nas bardziej nie łączy, jak sprawy związane z przyrodą i kulturą pasterską. Są one takie same w Polsce, Rumunii i na Ukrainie. Tradycja pasterska jest czynnikiem, który łączy wszystkie te państwa i narody, nawet w językowym aspekcie zagadnień związanych z serowarstwem. W całych Karpatach w ten sam sposób są wypasane owce i produkowane sery. My pokazujemy, wpisując się w ideę konwencji karpackiej, że kiedy ludzie od dołu zaczynają inicjatywę ma to inny wymiar, niż gdy są to działania narzucone od góry i określone na dane rozwiązania. Mamy nadzieję, że po Redyku środowiska: rumuńskie, na Huculszczyźnie, Zakarpaciu i w Polskich Karpatach będą kultywować tę tradycję".

2 Redyk Ustrzyki - Wetlinka (24)

Między Ustrzykami Górnymi a Przełeczą Wyżniańską - 1 lipca 2013r.


Wspólny wypas owiec należących do wielu właścicieli, gazdów, prowadzony przez bacę praktykowany jest w Karpatach nieprzerwanie od wielu stuleci. Owce co roku prowadzone są na letnie pastwiska i tam przebywają od początku maja do końca września. Zadaniem bacy jest uzyskanie zgody właścicieli hal na prowadzenie wypasu, wynajęcie juhasów i pozyskanie takiej ilości owiec, aby sałasz przynosił zysk. Pędzenie owiec na pastwiska poprzedza obrzęd „mieszania owiec". Jest on wydarzeniem odnawiającym co roku więź wspólnoty pasterskiej wsi. W naturalny sposób „mieszanie" przenosiło sakrum świątyni na „wspólny sałasz". W ten sposób kształtowała się kultura pasterska będąca zarazem źródłem żywotnej kultury góralskiej łączącej do dziś mieszkańców Karpat. Górale skupieni w Związku Podhalan Oddział Górali Śląskich od kilku lat z powodzeniem przywracają gospodarkę i tradycyjne obrzędy związane z wypasem kulturowym. Entuzjaści tego ciekawego ruchu starają się o wpisanie na listę UNESCO swe działania jako niematerialne dziedzictwo kultury Karpat.

3 Redyk Ustrzyki - Wetlinka (26)

Redyk w Ustrzykach Górnych - 1 lipca 2013r.


Redyk Karpacki „Transhumance 2013" to projekt tradycyjnej wędrówki z owcami przez Karpaty, organizowany dla uczczenia wędrówek pasterzy wołoskich, które doprowadziły do zasiedlenia obszaru Karpat i powstania wspólnej wysokogórskiej kultury pasterskiej. Cała inicjatywa rozpoczęła się 11 maja 2013r. mieszaniem owiec w Rumunii w Rotbav (w rejonie Brasov). Wędrówka pasterzy na obszarze Rumunii miała miejsce w okresie od 11 maja do 5 czerwca i przebiegała przez rejony: Brasov, Mures, Cluj, Bistrita, Nasand, Maramures i zakończyła się na przejściu rumuńsko-ukraińskim w Sighetu Marmatei. Na terytorium Ukrainy Huculi przepędzili swoje stada, wydarzeniu temu towarzyszyły imprezy folklorystyczne. Do Polski owce z Rumunii przyjechały transportem samochodowym i zostały zakoszarowane w Ustrzykach Górnych na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Pod opieką pasterzy przeszyły przez Polskę w okresie od 1 lipca do 29 sierpnia. W województwie podkarpackim Redyk odbywał się od 1 do 14 lipca, a jego trasa przebiegała łańcuchem Karpat w okolicach połonin i pasma granicznego przez powiaty: bieszczadzki, leski, sanocki, krośnieński i jasielski. Następnie wędrówka pasterzy na terenie województwa małopolskiego odbyła się w dniach od 15 lipca do 11 sierpnia. W dniach od 12 do 25 sierpnia redyk zagościł w województwie śląskim. Od 30 sierpnia do 14 września ostatnia trasa Redyku przebiegła na terenie Czech. Imprezie tej towarzyszyły wycieczki, konferencje, seminaria, spotkania oraz szkolenia na terenie południowej Polski.

1. Górna Wetlinka 2.07 (5)

Górna Wetlinka - 2 lipca 2013r.


Głównymi wartościami ideologicznymi organizatorów Redyku była wiara w Pana Boga. Górale zaangażowani w ten projekt wierzyli, że z Redyk powiedzie ich właściwymi ścieżkami w górach i życiu. Nie bez znaczenia była tu miłość do świata gór, ludzi i przyrody. Ideologia Redyku jest sposobem na życie, gdyż jest ono niczym innym jak ciągłą wędrówką. Organizatorzy nie zrobili tego, aby ustanawiać rekordy i ścigać się z kimkolwiek. Pokładali ufność w Bogu oraz w doświadczenie i dobre intencje ludzi. Stawiali na pierwszym miejscu bezpieczeństwo i zdrowie ludzi. Dobrostan oraz dobra kondycja zwierząt była pod stałym nadzorem i dodatkowym dozorem weterynaryjnym. Pochód ze stadem odbywał się w naturalnym rytmie dziennego sposobu wypasu owiec. Poza tym górale zawierzyli w kompetencje partnerów i lokalnych przewodników. Ich wytrwałość i determinacja w realizacji tego celu bez wątpienia ożywiła nasze polskie tradycje pasterskie.
Warto wiedzieć, że jeszcze w latach osiemdziesiątych w Polsce wypasano ponad 5 milionów owiec, a obecnie jedynie 200 tysięcy. W ostatnich latach, gdy duże obszary południowej części kraju leżą odłogiem, być może właśnie pasterstwo będzie szansą na ożywienie rozwoju ziem górskich, w oparciu o dopłaty unijne. „Nasza działalność cieszy się coraz większym zainteresowaniem, tworzy się wręcz moda na turystykę kulturową, która bazuje na ofercie z żywym folklorem i wyrobem produktów regionalnych. Chcemy, żeby po przejściu Redyku na tych terenach również przechodził przebiegał Międzynarodowy Szlak Kultury Wołoskiej, który rozpocznie się na Morawach w Czechach a kończył się będzie w Transylwanii w Rumunii" – twierdzi Józef Michałek.

Piotr Kutiak
www.przewodnik-bieszczady.pl

 1Górna Wetlinka 2.07 (5)

Pasterze w Górnej Wetlince - 2 lipca 2013r.

2Górna Wetlinka 2.07 (9)

Pasterze i uczestnicy warsztatów organizowanych przez Bieszczadzki Park Narodowy

2Górna Wetlinka 2.07

Camping Górna Wetlinka -pasterze udzielaja wywiadu dla Radia Rzeszów - 2 lipca 2013r.

3Górna Wetlinka 2.07 (16)

Paweł Królikowski (z lewej) i Piotr Kohut omawiają trasę Komańcza - Mszana (Górna Wetlinka 2 lipca 2013r.)

4Redyk Ustrzyki - Wetlinka (32)

Redyk Karpacki w Bieszczadach

5Redyk Ustrzyki - Wetlinka (53)

Mateusz "Józef" Sowa

6

Owce w Ustrzykach Górnych

6Górna Wetlinka 2.07

Górna Wetlinka

7(1)

Owce

8(2)

Piotr Kohut - baca i szef Fundacji Transhumance, pomyslodawca Redyku

9

Owce na szlaku

10(1)

Historyczna, ulotna chwila - po 70-ciu latach w Berehach Górnych ponownie zabrzmiały trębity...

11(1)

U stóp Połoniny Caryńskiej...

12

Na pasterskim szlaku...

13

Górale...

14

Wsłuchani w muzykę gór

17

Owce na szlaku

Ustrzyki Górne - Redyk.2jpg

Redyk ruszył...

Ustrzyki Górne - Redyk.3jpg

Bacowska brać na czele Redyku...

Ustrzyki Górne - Redyk.4jpg

Owieczki

Ustrzyki Górne - Redyk.6jpg

Ustrzyki Górne - Redyk.7jpg

Ustrzyki Górne - Redyk.8jpg

Ustrzyki Górne - Redyk.9jpg

Ustrzyki Górne - Redyk.10jpg

Ustrzyki Górne - Redyk

Wołosate

Bacowie w Wołosatem - ponad 20 lat temu część z nich wypasała tu stada...

DSC 3608

Z karpackim pozdrowieniem - autor

 

 

poniedziałek, 23 grudzień 2013 18:29

Choinka wigilijna – symbol źródła życia

Napisał

„Chwała Libanu do ciebie przyjdzie,
jodła i bukszpan, i sosna społem,
aby przyozdobić miejsce świętości mojej"
Izajasz 60,13

Grudzień, ostatni miesiąc w roku nieodłącznie kojarzy nam się z magią Świąt Bożego Narodzenia. Jednym ze zwyczajów kultywowanych w naszych domach podczas świąt jest przystrajanie iglastego drzewka zwanego choinką. Jest ona symbolem Zbawiciela jako źródła życia. Rolę drzewka bożonarodzeniowego pełnią ustrojone świerki, jodły, sosny (naturalne lub wykonane z tworzyw sztucznych). Gatunki te podobnie jak i inne rośliny zimozielone od wieków w wielu kulturach były przedmiotem kultu wiecznie zielonego drzewka. Uznawane były one za symbol życia, odradzania się, trwania i płodności. Nawiązywały do rajskiego drzewa dobra i zła. Szesnastowieczny zwyczaj z Alzacji, gdzie przyozdabiano drzewka w ozdoby z papieru i jabłek zagościł nieco później wśród wiernych kościoła katolickiego. Bardzo szybko rozpowszechnił się na terenie Europy Północnej i Środkowej. Jest on obecny na całym świecie, również w niechrześcijańskiej Japonii.

Do Polski zwyczaj obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia z choinką przynieśli niemieccy protestanci podczas zaborów. Początkowo ta nowa moda obecna była jedynie w miastach, wypierając tradycyjne polskie ozdoby: podłaźniczkę i dużo starszy Diduch. Podłaźniczka to wiązka gałązek jodłowych zdobiona jabłkami orzechami, ciastkami, kolorową bibułą i opłatkami. Zapewniała urodzaj i szczęście. Podłaźniczkę wieszano pod sufitem w dzień wigilii. Umieszczał ją tam gospodarz ubrany w czuchę (góralska wełniana kurta) przewiązaną sznurem uplecionym ze słomy. Obrzędowi temu towarzyszyły modlitwy. Obyczaj ten obecny był na terenie polskich Karpat do dwudziestolecia międzywojennego. Dydiuk był snopem zboża, który przed wiekami zdobił izbę, tradycję tę po dziś kultywuje wielu ludzi, m. in. znany bieszczadzki artysta Zdzisław Pękalski.

Współcześnie nasze choinki przystrajamy lampkami, bombkami, sznurami i innymi ozdobami ze szkła i tworzyw sztucznych. Dawniej ludzie używali słodyczy lub naturalnych surowców: ciastek, pierniczków, orzechów, małych jabłuszek oraz ozdób z bibuły, wydmuszek, słomy, kłosów zbóż. Ozdoby choinkowe posiadają własną symbolikę wywodzącą się z tradycji. Gwiazda Betlejemska umieszczana na pędzie szczytowym drzewka pomagała w powrotach do domu z dalekich stron. Oświetlenie, czyli dawnej świeczki zapalane w Wigilię miały chronić przed urokami i złym mocami. Orzechy zwiastowały dobrobyt i siłę. Łańcuchy na choince oznaczały więzi rodzinne lub zniewolenie grzechem. Dzwonki odniosły się do radosnych wydarzeń, anioły stanowiły opiekę nad domem.
Obecnie w sklepach i na targach mamy szeroki wybór drzewek choinkowych, kupujemy naturalne, sztuczne i w donicach. Oprócz sanockich sklepów można je kupić również w leśnictwach: np. Liszna, gdzie bardzo często są uprawiane na niewielkich plantacjach.

 

Piotr Kutiak
www.przewodnik-bieszczady.pl
wtorek, 29 październik 2013 13:07

Pamięć o leśnych mogiłach

Napisane przez

W lasach Podkarpacia jest wiele grobów, cmentarzy i miejsc pamięci, o które dbają leśnicy. Przed Świętem Zmarłych leśne mogiły są porządkowane, pojawiają się też na nich znicze.

W lasach Nadleśnictwa Cisna przetrwały cmentarze przy dawnych cerkwiskach w nieistniejących wsiach: Solinka, Zawój, Habkowce i Jaworzec. Co roku leśnicy koszą tam trawę i w miarę potrzeb reperują ogrodzenia.

Na terenach administrowanych przez Nadleśnictwo Brzozów w miejscowości Bykowce znajdują się mogiły żołnierzy 6 Pułku Strzelców Podhalańskich poległych w czasie walk wrześniowych w 1939 roku z hitlerowskim najeźdźcą.  Na miejscowym cmentarzu znajduje się zbiorowa mogiła 5 żołnierzy oraz grób ich przywódcy inżyniera leśnika ppor. rez. Mariana Zaremby. Patronacką opiekę nad grobami sprawuje młodzież z miejscowej szkoły.

Z kolei Nadleśnictwo Baligród opiekuje się cmentarzem w Jabłonkach i Choceniu. W lesie znajdują się liczne mogiły żołnierzy poległych w I wojnie światowej. W leśnictwie Kalnica stoi obelisk upamiętniający tragiczną śmierć leśniczego, którego podobno „zjadły wilki -  zostały po nim tylko buty”.

W lasach Nadleśnictwa Dynów znajduje się kilka mogił leśnych. Największą z nich jest miejsce wspólnego pochówku żołnierzy poległych we wrześniu 1939 roku w Borownicy.  To miejsce szczególne w pamięci  mieszkańców i weteranów. Leśna mogiła jest obecnie przystankiem ścieżki przyrodniczo-historycznej „Borownica”.

- Pozostałe mogiły to zapomniani świadkowie historii, których opieką, myślą i spojrzeniem zaszczycają już tylko leśni ludzie – mówi Małgorzata Kaczorowska z Nadleśnictwa Dynów.

Na terenie Nadleśnictwa Jarosław w leśnictwie Łapajówka, znajduje się cmentarz z okresu I wojny światowej. W 29 mogiłach zbiorowych i 186 indywidualnych pochowano tutaj około 450 żołnierzy austrowęgierskich i rosyjskich. W 2006 roku ustawiono na terenie cmentarza wysoki krzyż dębowy, uporządkowano teren, usuwając zakrzaczenia i zbędne drzewa, wykonano ogrodzenie z żerdzi. Obecnie prowadzone są tylko prace porządkowe. W leśnej głuszy znajdują się też 4 krzyże i 4 mogiły - milczący świadkowie z czasów działalności OUN-UPA w latach 1944 – 1947, upamiętniające ofiary zbrodni dokonanych na ludności polskiej, ale też ukraińskiej odmawiającej udziału w zbrodniczej działalności. W leśnictwie Bór znajduje się pomnik - nagrobek harcerza Wacława Schmidta, który zginął w 1944 r. podczas działań wojskowych wymierzonych przeciwko partyzantom – żołnierzom AK. Wszystkie miejsca pamięci są znane lokalnej społeczności, co roku w dniu Wszystkich Świętych składane są wiązanki i palone znicze.

Pracownicy Nadleśnictwa Kańczuga pamiętają o leśnikach zamordowanych w okresie wojny. Odremontowano m.in. pomnik zamordowanego przez hitlerowców leśniczego Jana Deca w leśnictwie Hadle. Nowego wyglądu nabrał też krzyż postawiony leśnictwie Śliwnica, ustawiony w miejscu, gdzie banda UPA zamordowała w okrutny sposób 7 osób, w tym gajowego Michała Daraża.

Wiele leśnych cmentarzy kryją lasy Nadleśnictwa Komańcza. Najczęściej są to groby żołnierzy z I wojny światowej, rozsiane po stokach Chryszczatej i paśmie granicznym. Ich inwentaryzację przeprowadził Edward Orłowski – leśnik o historycznych zainteresowaniach. W tym roku z kolei uporządkowano dawnycmentarz łemkowski w Mikowie, gdzie zachowało się kilka przewróconych i potłuczonych pomników nagrobnych. Inicjatorami uporządkowania terenu oraz ogrodzenia cerkwiska z cmentarzem było dwoje działaczy Stowarzyszenia Inicjatyw Lokalnych Komańczy WILK, którzy są zarazem leśnikami z Nadleśnictwa Komańcza.

- Mając przychylność i poparcie inicjatywy ze strony nadleśnictwa, które ofiarowało materiał na ogrodzenie, włączyliśmy do tej pracy lokalną społeczność, w tym młodzież z Gimnazjum w Komańczy. Końcowym etapem prac będzie zamocowanie tablicy pamiątkowej na postawionym kamieniu – opowiada Edward Orłowski.

Ciekawy leśny grób znajduje się w Nadleśnictwie Lubaczów (leśnictwo Budomierz). Wśród leśnej głuszy, nieopodal granicy z Ukrainą, na niewielkim wzniesieniu, znajduje się cmentarz i cerkwisko nieistniejącej już wsi Sieniawka. Wśród cmentarnych nagrobków wyróżnia się tu grobowiec leśniczego Juliana Dygdalewicza. Grobowiec, z wydobywanego na Roztoczu bruśnieńskiego wapienia, wykonał pochodzący z Sieniawki kamieniarz Wasyl Duś.  

- Jak opowiadają najstarsi mieszkańcy, leśniczy został zamordowany podczas wojny przez kłusownika, który zemścił się w ten sposób za wcześniejsze doprowadzenie go przed oblicze sądu - przypomina Grzegorz Szafran, zastępca nadleśniczego. - Na tablicy nagrobnej czytamy: „Tu spoczywa Julian Dygdalewicz.  Starszy leśniczy. *18.11.1858 +16.04.1919. Ręka złoczyńcy przecięła nić jego życia. Wieczna mu pamięć”. Upamiętniono również miejsce zbrodni;  przy zbiegu dróg, postawiono krzyż „Dygdalewicz”. Myśliwi wyznaczają więc sobie zbiórkę koło „Dygdalewicza”.

Co roku, miejscowi leśnicy zapalają przed mogiłą znicz i  wśród szumu drzew odmawiają modlitwę.

Nadleśnictwo Sieniawa dba o groby leśników na cmentarzu w Sieniawie. Spoczywa tu profesor Kazimierz Suchecki, wybitny hodowca. Jest też pomnik nadleśniczego  Franciszka Doleżala, z dóbr Ordynacji Zamojskiej, grobowiec  Ernesta  Mańkowskiego  inżyniera leśnika, oficera AK, Jana Żerebeckiego, dyrektora OTL Stary Sącz, jak również grób Jana Ligmana, działacza Galicyjskiego Towarzystwa Leśnego, emerytowanego dyrektora lasów i burmistrza Sieniawy, powstańca z 1863 roku, na którym leśnicy wymienili dębowy krzyż na nowy, odnowili tabliczki i ogrodzenie.

Nadleśnictwo Rymanów dba o mogiły żołnierzy Wojsk Ochrony Pogranicza w Jasielu. Od 2002 r. na terenie rezerwatu „Źródliska Jasiołki” organizuje coroczne Zaduszki z udziałem przedstawicieli gmin Komańcza i Jaśliska, Związku Byłych Żołnierzy Zawodowych i Oficerów Rezerwy Wojska Polskiego, Straży Granicznej a także uczniów Zespołu Szkół w Jaśliskach.

- Znicze zapalane są też pod pomnikiem kurierów beskidzkich, jak również na dawnym cmentarzu wiejskim, nieistniejącej wsi Jasiel – mówi nadleśniczy Bogusław Famielec. - Na uporządkowanych przez grupę zuchów „Jaśliskie skrzaty” i harcerzy z 21 drużyny „Bieszczadzka brać” miejscach pochówku, składane są wiązanki i zapalane znicze. Pod pomnikiem wopistów zaciągana jest warta honorowa. Często program uroczystości obejmuje też krótki występ artystyczny młodzieży z ZSP w Jaśliskich.

Z kolei leśnicy z Nadleśnictwa Stuposiany opiekują się miejscem pamięci narodowej „Leśniczówka Brenzberg”, gdzie w sierpniu 1944 roku oddziały OUN – UPA dokonały rzezi 74 Polaków, w tym kobiet i dzieci, ukrywających się przed represjami. Ukraińscy nacjonaliści zamordowali ich w tzw. cichej egzekucji używając wideł, siekier i kos. Tragicznie zginęło wówczas kilku leśników, w tym legionista, leśniczy Franciszek Król. Obecnie w pobliżu nieistniejącej leśniczówki stoi obelisk z tablicą pamiątkową i drewniany krzyż.

Leśnicy dbają też o znajdujący się w Stuposianach dawny cmentarz, na którym zachowało się kilka kamiennych nagrobków – wśród nich nagrobek właściciela tutejszego majątku, Marcelego Wisłockiego. Ustawiono tu drewniany krzyż z tabliczką informacyjną o istniejącej niegdyś w tym miejscu cerkwi. Corocznie w czasie Święta Zmarłych w obu miejscach pojawiają się znicze i kwiaty.

 Edward Marszałek rzecznik prasowy RDLP w Krośnie

 

Fotorelacja:

wtorek, 29 październik 2013 11:30

Spotkanie z pleniem FOTO

Napisane przez

Pleń (robak hufcowy, niem. Heerwurm) – pełznąca masa, złożona z tysięcy maleńkich larw muchówki z gatunku ziemiórki pleniówki. Większość pleni ma długość od 50 do 100 cm., choć ponoć może dochodzić do 9-10 m.  Pleń jest niezwykle rzadkim zjawiskiem,
a przyczyna wędrówki larw do dziś nie została poznana. Podawane są przyczyny takie jak brak pokarmu czy wysuszające działanie promieni słonecznych.

DSC04351-002 thumb medium480 320

Takie grupowe wędrówki znane są już od XVII w., jednak najbardziej wyczerpującą jak do tej pory na temat plenia jest praca polskiego uczonego Maksymiliana Siły Nowickiego z XIX w., który w swojej monografii po raz pierwszy opisuje ten gatunek jako Sciara militaria (Nowicki, 1868).

Ciekawy, choć beletrystyczny opis plenia dał XIX-wieczny przyrodnik, Erazm Majewski, w popularyzatorskiej powieści dla młodzieży „Doktor Muchołapski. Fantastyczne przygody w świecie owadów”.

W XIX wieku z obserwacją plenia wiązano wiele przesądów. Najczęściej uznawano, że spotkanie z pleniem przynosi dobrobyt i szczęście na najbliższe lata. Larwy plenia były suszone, święcone i posypywano nimi obejścia domowe, aby zapewnić urodzaj i dostatek
w gospodarstwie.

Jeszcze na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia nie dysponowano żadnym zdjęciem wędrującego plenia, a opisując to zjawisko przedstawiano rycinę z XIX wieku. W Polsce plenia spotykano bardzo rzadko. Jedna z pierwszych obserwacji dokonał w roku 1970 w Bieszczadach Krzysztof Wiktorowicz z Bytomia, opisuje on, że pleń rozdzielał się na czele na cztery węże, miał blisko 2,7 metra i wędrował z szaloną prędkością 7,5 metra na godzinę. Po drugiej wojnie światowej udokumentowanych jest około 100 przypadków tego typu obserwacji. Poza Polską pleń obserwowany był w lasach Rosji, Litwy, Szwecji, Norwegii, Bawarii, Turyngii, Harcu, Węgier, Szwajcarii i Ameryce Północnej.

Większość robaków hufcowych w Polsce spotykana jest na drogach w okolicach wilgotnych, i w godzinach przedpołudniowych chodź nie jest to regułą. Plenie w Polsce spotykane były głownie w Karpatach oraz bagnach biebrzańskich i Puszczy Białowieskiej.

Nieznany jest w środkowej i zachodniej Polsce poza pojedynczym stwierdzeniem, jakie miało miejsce w Kampinosie.

W Bieszczadach Zachodnich plenia obserwowano kilkanaście razy. Przedostatni udokumentowany opis jest z 27 czerwca 2008 roku znad miejscowości Kiełczawa w masywie Gabrowego Wierchu. W wczesnych godzinach porannych około osiemdziesięcio-centymetrowej długości pleń w kształcie węża powoli przemieszczał się w poprzek szlaku zrywkowego. Obserwacji dokonał leśnik Marcin Scelina (zob. http://www.karpaty.travel.pl/index.php?fn_mode=fullnews&fn_id=190).

Na początku czerwca 2012 r. również w masywie Gabrowego Wierchu  lecz tym razem na północnych jego stokach dane mi było zaobserwować to zjawisko na drodze leśnej (dawnej wiejskiej) prowadzącej do nieistniejącej wsi Choceń. W dniu 02 czerwca około godz. 17.00 spostrzegłem plenia pełznącego wzdłuż drogi, początkowo pomyślałem nawet, że to drobna ściółka naniesiona przez spływającą po deszczu wodę. Dokładniejsza obserwacja upewniła mnie o napotkaniu, nie obcego, lecz nigdy wcześniej nie obserwowanego przeze mnie zjawiska. Spotkany „obiekt” miał około 5 metrów długości i szerokość dochodzącą
u czoła do 5-8 centymetrów, w środkowej części kilkukrotnie pełzające larwy rozdzielały się na równoległe pasemka by po kilkunastu-kilkudziesieciu centymetrach ponownie się połączyć. Tempo „marszu” oceniłbym raczej na ślamazarne (prawie niezauważalne).

W dniu 03 czerwca około godz. 7.00 udałem się ponownie w wymienione wyżej miejsce i w odległości kilkunastu metrów od poprzedniej obserwacji spostrzegłem cztery "węże pleniowe". Pierwsze dwa miały długość około 50 centymetrów i szerokość blisko
10 centymetrów przy czole. Poruszały się one stosunkowo szybko w poprzek drogi. Czoło pierwszego z nich po dotarciu do skraju drogi zaczęło rozdzielać się na trzy części a następnie zastygło w bezruchu.

Kolejne dwa były bardzo wąskie (szerokość przy czole około dwóch centymetrów) lecz stosunkowo długie. Długość jednego wynosiła około czterech a drugiego dwóch metrów. Te dwa plenie tkwiły prawie w bezruchu. Odległość pomiędzy poszczególnymi pleniami wynosiła od 2 do 5 m.

Oceniając poranną obserwację nie wykluczam, że mógł to być pleń widziany poprzedniego dnia, który uległ rozdzieleniu.

DSC04359-001 thumb medium480 320

DSC04371-002 thumb medium480 320

DSC04397-002 thumb medium483 254

DSC04415-002 thumb medium478 319

DSC04416-002 thumb medium480 209

Opracowanie i zdjęcia

Marek Kusiak

wtorek, 29 październik 2013 11:26

Rabe – krajobraz po wypale

Napisane przez

Rabe koło Baligrodu. Nieistniejąca wieś u wschodniego podnóża Chryszczatej, przy drodze z Baligrodu do Woli Michowej.

Miejscowość  lokowana na prawie wołoskim w dobrach Balów z Hoczwi, po raz pierwszy wymieniana w 1552 r. Na przełomie XVIII i XIX w. właścicielami wsi byli Fredrowie, którzy urządzili tu hutę wykorzystując miejscowe złoża rudy żelaza. W okresie międzywojennym Rabe liczyło około 50 domów i 300 mieszkańców. Znajdowały się tu dwa folwarki, trzy tartaki i cerkiew[1]. Po 1945 r. wieś całkowicie wysiedlona i zniszczona, ze starej zabudowy pozostała jedynie zagubiona w leśnym gąszczu nad cudownym źródełkiem w miejscu zwanym Synarewa kapliczka[2].

Obecnie na terenie miejscowości znajduje się leśniczówka. Na rozdrożu drogi do Huczwic  zakład eksploatacji kruszywa z pobliskiego kamieniołomu oraz dawny barak robotników leśnych – przystosowany na turystyczny schron. Natomiast w  górnej części doliny pod przełęczą Żebrak działająca latem studencka baza namiotowa z stałą wiatą w której można się schronić także w innej porze roku.

Dolina Rabego obfituje w ciekawe miejsca które skupiają się poniżej dawnej zabudowy, przy drodze do Bystrego: Rezerwat Gołoborze, kamieniołom z rzadkimi minerałami, odwierty wód mineralnych. Występujące tu źródła wód mineralnych posiadają szczawy wodorowęglan-chlorowo-sodowe z zawartością związków arsenu i zaliczane są unikalnych w skali europejskiej. Dzięki temu w 1974r. Rabe otrzymało na wyrost status uzdrowiska. Plany budowy zespołu sanatoryjnego nigdy jednak nie zostały wprowadzone w stan realizacji.

Przez szereg ostatnich lat na terenie Rabego w kilku punktach prowadzony był wypał węgla drzewnego. Na jednym z tych miejsc rozgrywa się akcja filmu dokumentalnego Wypalony[3] zrealizowanego przez Annę Więckowską w 2007 roku opowiadający o losach Stanisława Fariona - emerytowanego magistra archeologii pracującego przy wypale drewna.

DSC04589-002 thumb medium461 307

Stanisław Farion jest emerytowanym magistrem archeologii. Ale mało kto domyśliłby się tego, widząc drobnego staruszka, czarnego od węglowego pyłu i sadzy, drepczącego po skrawku ziemi nad wodą, wokół wysokiego pieca, gdzie pan Stanisław i dwaj jego koledzy: Władysław Dyk oraz Kazimierz Błądek od 10 lat zajmują się wypalaniem węgla. Ciężka to praca, nie najlepiej płatna, a już na pewno nie dla dyplomowanego archeologa. A jednak Staś, jak nazywają go koledzy, zrezygnował z wygód i pokus cywilizowanego świata, by odnaleźć się właśnie w tej fizycznej harówce. - Człowiek jest niewolnikiem swojego stanu posiadania - powiada Staś filozoficznie. On jest wolny, bo cały jego dobytek to ukochana psina, a i ją przyjdzie mu stracić. Na wypalenisku Staś pracuje i mieszka w starym, nieużywanym od lat wagonie. Mimo pozornej degradacji społecznej udało mu się zachować godność i chęć do intelektualnego rozwoju. Czyta książki, także w obcych językach, których zna aż trzy. Co więcej, swoje zamiłowanie do wiedzy przekazał innym. Koledzy z wypału, którzy sami zakończyli edukację na szkołach zawodowych, niczym gąbka chłoną zdobytą przez Stasia wiedzę, budując w ten sposób poczucie własnej wartości. Wprawdzie nie zawsze rozumieją, po co czyta aż tyle i w dodatku po obcemu, czemu akurat poezję, a nie coś bardziej przystępnego, ale szanują go za to i obdarowują w zamian prawdziwą męską przyjaźnią. Staś, dobrotliwy i łagodny, mimo woli sprawił, że już nie są tylko zwykłymi "robolami"[4].

Dziś po wypale, (tak jak i po dawnej zabudowie oraz planach z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku) pozostały tylko wspomnienia i sporo „śladów cywilizacji”, z którymi czas i przyroda toczy walkę .

opracowanie oraz zdjęcia:
Marek Kusiak - przewodnik beskidzki


www.bieszczady-przewodnicy.pl/Kandydaci/Marek.Kusiak
www.wrota-bieszczadow.info/galeria/markus



[1] Bieszczady Przewodnik, oficyna Wydawnicza „Rewasz”, Pruszków 2006

[4] Źródło: http://www.filmweb.pl/film/Wypalony-2007-473509

Wstawał świt 8 września 1944 roku. Tegoż dnia niebo nad dukielszczyzną było zachmurzone a mgła jeszcze zalegała. Żołnierze przygotowani do boju z niecierpliwością czekali na rozkaz „Nacierać”. Dowódca 38 Armii generał Kiryłł Moskalenko czekał na odezwę dowódcy I Frontu Ukraińskiego marszałka Iwana Koniewa. Chociaż czas na przygotowanie operacji był za krótki to de facto bitwa miała się wkrótce rozpocząć. Wreszcie wszystko było już ustalone. Rozkaz padł… piechota ruszyła.

Dukla 46 thumb medium480 322

Operacja Karpacko Dukielska trwająca przez jesień 1944 roku to ważny epizod II Wojny Światowej. W gigantycznym starciu wojsk pancernych lotnictwa i piechoty starły się 38 Armia generała pułkownika Kiryłła Moskalenki i Korpus generała Gottharta Heinrici. Operacja Karpacko Dukielska to chwała oręża Armii Czerwonej i danina krwi jaką im dane było zapłacić... Szanując przelaną krew przez pamięć o tych którzy szli i nie doszli. Pozostały wojenne cmentarze  i żywa pamięć o poległych. Generał Ludwik Svoboda tak wspominał ten czas: „Bitwa, którą hitlerowcy nazwali operacją karpacko - dukielską, rozpoczęła się o świcie 8 września 1944 roku. W tym dniu jeszcze o godzinie 6.30 rano tysiące rwących się niecierpliwie do walki, zmęczonych wytężonym marszem i bezsenną nocą żołnierzy czechosłowackich, patrzyło na górskie masywy Karpat, na pokryte lasami szczyty, na wzgórza pnące się pod chmurnawe niebo. Każdy z nich wiedział, że te cichy góry i lasy wkrótce staną się świadkami zażartych walk. Cisza tak dobrze znana żołnierzom, mówiła, że lada chwila ten wymowny i szczególny spokój, poprzedzający każdą większą operację, zostanie przerwany ogniem artyleryjskim 38 armii. A w składzie tej armii było luf armatnich powyżej półtora tysiąca. Dziesięć minut później zagrzmiały na północny zachód od polskiego miasta Krosna działa najróżniejszych kalibrów. Ogień wzmagał się z minuty na minutę, aż wreszcie zmienił się w piekielny huragan. Ziemia drżała od głuchych wybuchów, a okolica przed nami wkrótce okryła się gęstym dymem. Tak zaczęły się walki o przejście przez Karpaty. Walki, które według założenia miały być rozstrzygnięte łatwo i szybko. Rozważałem w myślach raz po raz nasze nowe zadanie. Wiedziałem, że przejście przez Karpaty nie przyjdzie nam lekko. Zresztą tylko niemądry dowódca, myśląc o nieprzyjacielu, nie liczy się z jego wszystkimi możliwościami. A faszyści mieli w Karpatach warunki wyjątkowo dogodne. Mieli w swym ręku szczyty, wszystkie wzgórza i wzniesienia i prowadzili obronę. A my musimy nacierać. Mają rozbudowany silny system obrony. My zaś mamy ich zaskoczyć szybkością, siłą uderzenia, które nie pozwoliłoby im się szybko opamiętać. Szybkim uderzeniem nie pozwolić nieprzyjacielowi na zajęcie w porę dogodnych pozycji obronnych - tak scharakteryzował to marszałek Koniew.

W ciągu pierwszego dnia natarcia nie udało się dokonać głębszego wyłomu w systemie obrony nieprzyjaciela. A to poważnie zmieniło cały bieg wydarzeń. Brygada naszego korpusu razem z 25 korpusem pancernym i 1 korpusem kawalerii gwardii wchodziły w wyłom trudnymi drogami górskimi. Drogi były zapchane, regularne posuwanie się wojsk drugiego rzutu rwało się raz po raz. Padły pierwsze strzały, za nimi posypały się dalsze. Nasi kanonierzy strzelali celnie. Dokładnie mierzonym ogniem odparli pierwsze natarcie żelaznych potworów. Nieprzyjaciel cofa się, poniósłszy znaczne straty. To pierwsze starcie z nieprzyjacielem kosztowało 2 batalion siedemnastu zabitych i rannych. Pierwszy chrzest ogniowy w Karpatach. Przebicie się jednak nie było łatwe. Skutki ognia faszystowskich sześciolufowych moździerzy i dział oraz stałych kontrataków były fatalne. Żołnierze 3 brygady, których większość po raz pierwszy brała udział w boju, znaleźli się w ogniu granatów przeciwpancernych i min. Pierwsze dziesiątki zabitych, pierwsze dziesiątki rannych. Wielu żołnierzy ogarnęła depresja. Zwłaszcza tych co przechodzili bojowy chrzest.

Dukla 53 thumb medium479 320

Rano w trzecim dniu walk 3 brygada ruszyła do nowego natarcia. Żołnierze na próżno rzucają się do szturmu. Przeciwnik znów odparł ataki. Natomiast 1 brygada już od świtu, gdy rozpłynęła się mgła, ustala pozycje nieprzyjaciela. Natarcie się opóźni. Artyleria się nie zdążyła w ciągu nocy przegrupować. Niektóre baterie dopiero teraz zajmują stanowiska ogniowe. Bez ich solidnego wsparcia nie rozpoczniemy. Jest to pierwsza nauka płynąca z dotychczasowych walk w górach. Nauka opłacona krwią. Faszyści wykorzystali wzniesienia karpackie doskonale. Umocnili się na ich szczytach, na stokach i przeciwstokach dolin, a drogi dojścia do nich trzymali pod dokładnym ostrzałem. W tym czasie, w roku 1944, większość ich była zdecydowana jeszcze nawet umrzeć za Führera, byle tylko nie przepuścić przez Góry Karpackie Armii Radzieckiej i Czechosłowaków, którzy mieli rozkaz przebić się w głąb Słowacji, do powstańców. Hitlerowcy zawzięcie bronili każdego wzgórza i pagórka, każdego stanowiska, każdego okopu, każdego zbocza. Chodziło im o własną skórę, toteż walczyli zaciekle, bojąc się odwetu za Lidice, Leżaki, za spalone i spustoszone wsie radzieckie i miasta. Ale nam z kolei powierzono zbyt wielkie zadanie, by wolno nam było utknąć w Karpatach. Wola i pragnienie zwycięstwa pchały nas naprzód. Ledwie jednak osiągnęliśmy jeden szczyt, widzieliśmy już przed sobą następny. A za nim na lewo i na prawo wznosiły się następne. Było ich mnóstwo. Jednego z tych wzniesień nie zapomnę do końca życia. Było to wzgórze 534. Na pierwszy rzut oka nic specjalnego. Na Pogórzu Karpackim są podobnych wzniesień dziesiątki i setki. Ale w pasie naszego natarcia to właśnie wzgórze miało niezwykłe znaczenie. Decydowało o możliwościach dalszego marszu naprzód. Kto był panem wzgórza 534, panował nad doliną i drogami do miasta Dukli. Tak więc 11 września o brzasku rozpętały się krwawe walki. Wzgórze 534 stało się świadkiem najbardziej zażartych walk. Wokół tego wzniesienia rozegrało się tyle dramatycznych wydarzeń, że nikt, kto te boje przeżył, nigdy go nie zapomni. Po kilku dniach ciężkich walk zdobyliśmy Wzgórze 534. Wydarliśmy je faszystom mimo, że wprowadzili do walki, nową, świeżą dywizję i dodatkową dywizję pancerną. Wzgórze miało strategiczne znaczenie, dlatego Niemcy prowadzili tak zacięte walki. Na wzgórze waliły się bez przerwy fale kontrataków. Ile ich było w sumie, tego już chyba nikt nigdy nie policzy. Niespodziewanie silne natarcie na Duklę z 19 na 20 września powiodło się. Padło miasto Dukla, w którym znalazły śmierć setki hitlerowców. Było to nie tylko zasługą broni naszej i radzieckiej, lecz również broni nieprzyjaciela. Faszyści, wściekli z powodu utraty ważnego węzła obrony, rzucili na miasto śmiercionośny huragan pocisków, zasypując nimi również swoje wycofujące się wojska.

Dukla została zdobyta, ale przed nami była jeszcze ciężka droga do granicy Słowacji.”

Wspominają mieszkańcy Zyndranowej: „Gdzieś tak po dwóch tygodniach walk do Zyndranowej dotarli radzieccy zwiadowcy .Uciekajcie stąd, bo szykują się ciężkie boje – ostrzegli mieszkańców. Łemkowie posłuchali. Jedni ruszyli do Daliowej, inni do Zawadki. W tej drugiej grupie znalazła się Anna Gocz z dwoma synami. Gdy opuszczali wieś była cisza, później Niemcy rozpoczęli ostrzał. Ogoń – padł rozkaz, gdy matka z dziećmi znalazła się na wysokości radzieckich armat. Wystrzały zupełnie ich ogłuszyły, podmuchy powietrza zwaliły z nóg. Grażdanie, uchoditie – krzyczeli artylerzyści. Ale dokąd? Na szczęście jakiś oficer kazał przeprowadzić ich między armatami. Z pomocą radzieckiego żołnierza dotarli do Zawadki, tam w polowej kuchni dostali trochę zupy i garść sucharów.”

Jak było ciężko tego czasu? Oddajmy głos wspomnieniom.

„Pewnego dnia Niemcy wskazali Annie drogę do piwnicy pod ziemią i wręczyli jej telefon. "Wszystko co mogłam usłyszeć to strzelanie i eksplozje" powiedziała. "Walka na północy zaczęła się. Niemcy poszli do doliny aby dołączyć do walk ale nie wrócili. Mieliśmy 7 krów i rano wstałam aby je wydoić. wtedy zobaczyłam fafar (proboszcz) wychodzącego z lasu. Jego ubrania były podarte i był cały zadrapany. Czołgali się na rękach i kolanach wzdłuż rzeczki. Poprosili mnie o mleko. Właśnie było wydojone od krów i im dałam. Wtedy farar wyciągnął dłoń i nalegał aby mi zapłacić za to mleko". "Czas wam iść- powiedział, walka zbytnio się zbliża ". Około pierwszego października rodzina zakopała zapasy zboża, miodu i twarogu na przyszłość i podążyła na południe na farmę niedaleko Chmelovo znajdującej się na drodze do Presova. Pośród zmarłych w Hunkovcach była mama Anny. "Nie wiemy jak zmarła"- powiedziała Anna. "Może Niemcy ją zastrzelili albo Sowieci. Może po prostu zginęła w bombardowaniu. Albo zmarła w lesie i z powodu walk oraz zimy nikt nie mógł odzyskać jej ciała. Wiosną moi bracia poszli tam aby ją znaleźć. Owinęli ją w prześcieradło i zakopali w dziurze po bombie"- mówi, nadal ją opłakując 60 lat później. Anna Maššová.

Dukla 72 thumb medium481 245

Noc na przełęczy

Gdy zostałem mianowany na zastępcę dowódcy artylerii, miałem mieszane uczucia. Trwały wówczas walki o górę Obszar, położoną na południe od Niżnego Komarnika i o podejście do Wąwozu Krajniepolanskiego. Hitlerowcy ze wszystkich sił trzymali się ostatnich pozycji obronnych na wyjściu z Karpat. Kierowaliśmy na przeciwnika ześrodkowany ogień artyleryjski, lecz było to nadaremne. W żaden sposób nie udawało się [nam] zepchnąć Niemców z gór do Doliny Ondawskiej. „Jak im się udaje tam przeżyć?” – wiele razy zadawałem sobie to pytanie. Wtedy jeszcze nie znałem taktyki przeciwnika. Nasz ogień artyleryjski robił duże wrażenie, ale jego skutki w stosunku do zużytej amunicji były mizerne. Było tu coś, o czym nie wiedziałem. Wieczorem po walce, nieoczekiwanie dla samego siebie, zdecydowałem się poprosić o spotkanie z generałem Swobodą w punkcie dowodzenia korpusu w Barwinku. Przyjął mnie wyraźnie zmartwiony. Swoboda położył okulary na mapę rozłożoną na prostym, wiejskim stole, po czym podał mi rękę i powiedział, bym usiadł na ławce obok niego. W słabym świetle przykręconej [do stołu] lampy naftowej ostre rysy jego twarzy wydawały się delikatniejsze. W piecu leniwie palił się ogień, w kącie stało drewniane łóżko ze starannie złożoną pościelą. Z sąsiedniego pokoju donosił się stuk maszyny do pisania i monotonnie dyktujący głos. Dowódca korpusu wyglądał na zmęczonego. [179] - Co u ciebie? – zapytał generał i przenikliwie spojrzał mi w oczy. - Panie generale – zacząłem nieśmiało, - wystrzeliliśmy dzisiaj w Obszar i Bezimienną trzy tysiące pocisków i min, a Niemcy – ani rusz! Generał rozumiał, że to nie wszystko i cierpliwie czekał. Mówiłem [więc] dalej: - Piechota przestaje nam wierzyć. Utrata zaufania do artylerii to poważna sprawa… Generał Swoboda spojrzał na mnie pytająco i od razu zrozumiałem, że wszystko to, o czym mówię, nie jest dla niego nowością. Chciałem dopowiedzieć swoją myśl, lecz przerwał mi: - Tak, chłopcy, wasze sprawy rzeczywiście nie stoją dobrze … A to kosztuje nas dużo krwi. Zabrzmiało to tak, jakby zarzut był skierowany do mnie; zaczerwieniłem się. Artyleria nie wypełniała swojego zadania, to było jasne. Ale na czym polegał nasz błąd? Przypomniałem sobie o stratach, które rosły z każdym dniem i wszystko się we mnie zapaliło, jakby palili mnie rozżarzonym żelazem. W myślach powtarzałem sobie, że przyczyna niepowodzeń leży w moim braku zdolności. W żaden sposób nie udawało się nam zdusić przeciwnika, zerwać jego kontrataków, słowem – zniszczyć go. Byłem do końca świadom gorzkiej prawdy, że piechota wyczerpała swoje siły, że jej liczba spadła do najniższego poziomu, a tymczasem artyleria ma się świetnie i mimo to nie może zadać przeciwnikowi miażdżącego uderzenia. Zastanawiałem się, co odpowiedzieć dowódcy korpusu na jego pełną wyrzutu uwagę o naszych niepowodzeniach. - Z takimi środkami zwiadowczymi, jakie posiadamy, - powiedziałem, - w żaden sposób nie możemy ustalić położenia obiektów i strzelać do konkretnych celów. Strzelamy po całym placu – wszędzie i nigdzie. W rezultacie po prostu rozrzucamy amunicję, a gdy piechota atakuje, przeciwnik zaraz zatrzymuje ją ogniem i kontratakiem. Jeszcze nie znałem charakteru generała Swobody i czułem się nieswojo od jego milczenia. Niechby cokolwiek powiedział, byle by tylko wiadomo było, o czym myśli! Nie pozostawało mi nic innego, jak kontynuować swój monolog. Napięcie w pokoju rosło. - I potem, panie generale, - ciągnąłem, - nie mamy czasu na wywiad artyleryjski i odnalezienie gniazd ogniowych przeciwnika. - W tym miejscu przypomniałem sobie to, o czym nie raz myślałem i szybko dodałem: - Nie powinniśmy rozpoczynać natarcia zaraz po przygotowaniu artyleryjskim. To pomaga przeciwnikowi domyślić się, kiedy nastąpi atak naszych oddziałów. Może lepiej zaczynać natarcie w czasie przygotowania artyleryjskiego, w momencie, gdy tempo i siła ognia osiągną apogeum? Generał kiwnął głową i z ulgą poczułem, że dowódca korpusu nie zamierza odrzucać moich krytycznych uwag. Przecież jeszcze nie zdążyłem oswoić się w korpusie, a już pcham się ze swoimi radami! Nabrawszy otuchy, wypaliłem: - Potrzebujemy informacji, panie generale! Na gwałt, najszybciej, jak to możliwe… powinniśmy mieć dobre informacje. Gdy już skończyłem, nagle zrozumiałem, że wszystkie moje usilne prośby są nie na miejscu, ponieważ dowódca korpusu sam dobrze wiedział, co jest nam potrzebne. Generał przymrużył oczy i wydało mi się, jakby lekko się uśmiechnął. - Cieszę się, że przyszedłeś, - powiedział spokojnie i przejechał ręką po długich, szpakowatych włosach zaczesanych do tyłu. W jego szerokiej twarzy widać było życzliwe, dobre nastawienie. Szczerze cieszył się z obecności człowieka, który rozumiał, jaka odpowiedzialność leży na jego barkach. W czasie rozmowy generał przechodził od spraw oficjalnych do przyziemnych i z wielką uwagą słuchał współrozmówcy. - Gdybym miał takich zwiadowców, z jakimi zaczynaliśmy, nie siedzielibyście teraz bez informacji. - Generał zamyślił się, potem dodał: - Teraz tych chłopców już nie ma. Nastąpiła smutna chwila milczenia. - Potem generał Swoboda konspiracyjnie zniżył głos i skłonił się w moją stronę: Możliwe, że wkrótce cię ucieszę. To znaczy, że coś się szykowało? Moja ciekawość wzrosła, lecz nie udało mi się dowiedzieć od dowódcy niczego istotnego. Patrzył zamyślony i mówił cicho, jakby tylko do siebie: - Ja wiem, praca zwiadowców jest trudna, przeciwnik jest ostrożny. Nie może to jednak usprawiedliwiać porażki. - I jakby znowu uświadamiając sobie moją obecność, popatrzył na mnie i powiedział już inaczej: - Miejsce i warunki pogodowe sprzyjają pracy zwiadowczej, ale rezultatów [181] na razie nie można nazwać satysfakcjonującymi. Mimo kategorycznych rozkazów, by pochwycić „języka”, grupy zwiadowcze wracają z gołymi rękami. Generał mówił wolno, spokojnie, tylko czasami niespodziewanie podnosił głos, akcentował jakieś słowo, potem znowu zniżał go do początkowego spokojnego tonu. „Tym bardziej powinniśmy wykorzystać siłę bojową naszej artylerii” – tak rozmyślałem i nagle zauważyłem, że po twarzy generała przeleciał cień. - O amunicję się nie martwcie! Wszystko idzie teraz na główny odcinek (sektor), na zachód! – niespodziewanie i w sposób nie znoszący sprzeciwu ogłosił dowódca korpusu. Do pokoju wszedł szef sztabu, major Łomskij. Krzepki mężczyzna z wysokim, surowym czołem nad zapadniętymi oczami. Sprawiał wrażenie człowieka myślącego. Dowódca sztabu położył przed generałem ostatnią listę strat. - Widzisz, - powiedział naczelnik korpusu słabym głosem, obróciwszy się w moją stronę, - na Bezimiennej z szeregów znów ubyło 25 osób. Jeśli tak dalej będzie… - naczelnik zamilkł i zaczął patrzeć gdzieś w dal. Milczałem i ja. Zacząłem mechanicznie czytać słupki nazwisk. Jedno z nich znałem. Wyszedłem na ulicę i zanurzyłem się w zimnym, nocnym powietrzu. W [mojej] głowie mieszały się najróżniejsze myśli, a przed oczami cały czas miałem tę fatalną listę. Jeszcze wczoraj to byli ludzie, dziś to tylko nazwiska. Błoto chlapało pod nogami. Ktoś przede mną soczyście zaklął.

* * *

W domu usiadłem, głowę bezsilnie opuściłem na ręce. W myślach widziałem tych, którzy zginęli, upadli na leśne igliwie; obraz ten dręczył mnie nieznośną wyrazistością. [Nawet] nie zauważyłem, jak zasnąłem. We śnie widziałem wielu naszych bojowników. Stali w równych szeregach pośrodku zniszczonego lasu, stali mocno, jakby wrośli w kamienną glebę góry. Zdjąłem czapkę i długo patrzyłem w ich twarze. Nagle obudziłem się. To był zadziwiający sen. Wszystko było jak na jawie. Otworzyłem okno. Otuliło mnie nocne powietrze, takie chłodne i wilgotne. Wyciągnąłem rękę. Pojawiły się na niej kropelki deszczu ze śniegiem. W domu było bardzo ciasno. Zapragnąłem wyjść na zewnątrz, na niepogodę, na szeroką przestrzeń. [182] Było koło dwunastej. Tonąc po łydki w papce z błota i śniegu, brnąłem w kierunku szosy dukielskiej. Starałem się następować na ślady, które ktoś tu zostawił, lecz cały czas natrafiałem na skrzynie z amunicji. Błoto mocno kleiło się do nóg. W końcu wydostałem się z karpackiego błota i poszedłem po szosie w górę, w stronę przełęczy. Orzeźwiany wiaterkiem, stałem na historycznej granicy górskiej, która od dawna była granicą między dwoma światami. Niespodziewanie dla samego siebie zrozumiałem, po co był mi potrzebny ten ryzykowny nocny spacer, co właściwie wygoniło mnie z domu w deszcz i niepogodę. W ciemnościach nocy intuicyjnie określiłem położenie Bezimiennej i zacząłem patrzeć w tamtym kierunku, jakby na coś czekając. Nocny deszcz otulał górę i przez to wydawała się jeszcze bardziej tajemnicza. Było cicho. Gdzie odpoczywają żywi, potrzebna jest cisza, lecz ta cisza, która zapada po walce, jest straszna. Jedna myśl nie przestawała mnie dręczyć: „Oni są martwi!” Wtedy właśnie postanowiłem: jutro wyjdę na Bezimienną. To moja powinność. Muszę na miejscu zrozumieć, dlaczego te walki się nie kończą. Poczułem chłód na ciele i zacząłem myśleć o powrocie. Nagle intuicyjnie poczułem, że oprócz mnie na przełęczy jest ktoś jeszcze. Wyciągnąłem pistolet. Przez minutę w milczeniu staliśmy naprzeciw siebie. Obydwoje byliśmy zdenerwowani. Potem ostrożnie podszedłem trochę bliżej i dojrzałem jasny owal kobiecej twarzy. Kobieta? Kiedy poznała mnie, westchnęła z ulgą. - Wiero, co pani tu robi o tej porze? - A pan czego tutaj szuka? - Czekam, kiedy słońce wzejdzie nad Bezimienną, - zażartowałem, lecz zaraz zapytałem już na poważnie: - Wiero, dlaczego pani nie śpi? Ona najpierw milczała, ale za jakąś minutę powiedziała szeptem, z drżeniem w głosie: - Boję się o niego. - Jutro tam będę, poszukam go. Ja i Wiera, łączniczka sztabu korpusu, staliśmy koło małego cmentarza wojennego ze świeżymi grobami. Było ledwie słychać, jak mokry śnieg delikatnie spadał z drzew na ziemię… Gdy trochę się uspokoiłem, wróciłem do domu; podjąłem ostateczną decyzję - rankiem wyruszam na górę.

Dukla 86 thumb medium480 385

Bitwa była krwawa i okrutna. Żołnierze przedzierali się metr po metrze do granic Słowacji. Często po ciałach poległych towarzyszy. Koniec był bliski… Dopiero styczniowa ofensywa Armii Czerwonej wyzwoliła Krempną i pozostałe wioski dukielszczyzny. Chwała oręża przeminęła bezpowrotnie. Cóż pozostało po tamtych tragicznych dniach. Krwawe wzgórze milczy. Tylko wiatr historii szeptem cicho szemrze…

Marcin Michańczyk

piątek, 11 październik 2013 18:22

Bieszczadzkie Sery

Napisał

Powszechnie wiadomo, że kolebką polskiego serowarstwa są Karpaty. Turyści przyjeżdżający w polskie góry oprócz wrażeń estetycznych, jakich dostarczają im krajobrazy, przygody na szlakach,  czy wypoczynek na łonie przyrody, poszukują również często inspiracji kulinarnych. Wśród szerokiej gamy lokalnych produktów odnajdziemy prawdziwe górskie rarytasy, do których należą m.in. sery owcze.

DSC01703

piątek, 11 październik 2013 17:56

Bieszczadzkie Krzyże

Napisał

„Z gór spływa ku nam czysta woda, która gasi pragnienie i zaspokaja potrzeby naszej egzystencji, pomagając jej wzrastać we wstrzemięźliwości i pokorze. Z gór płynie także jeszcze cenniejsze dobro, nadające wartość i sens w życiu. Płynie głos, który dociera do serca, napełnia je pokojem i pogodą, jak cudowny strumień, pozwalający nam poczuć tęsknotę za niebem. Wszystko to nosi własnoręczny podpis Boga”
Luigi Bianchi

Wrzesień jest przedsionkiem jesieni. Stopniowo swą szatę zmieniają lasy reglowe Gór Słonnych, Bieszczadów i Pogórzy. Połoniny w Bieszczadach przybierają złocisty kolor z purpurowymi plamami borówczyn. Zatłoczone szlaki powoli pustoszeją, w miejsce wakacyjnych turystów wkraczają studenci, pasjonaci i miłośnicy gór. Nie da się bowiem zaprzeczyć twierdzeniu, że w górach najpiękniej jest jesienią. We wrześniu obchodzimy święto Podwyższenia Krzyża Świętego, jest ono związane z tradycją odnalezienia relikwii krzyża, na którym umarł Jezus Chrystus. W obrządku łacińskim przypada ono na 14 września, natomiast we wschodnim, według kalendarza gregoriańskiego 27 września. Odnalezienie krzyża przypisuje się św. Helenie, matce Konstantyna Wielkiego w 326 roku.

2-Cerkwie 2005-01-31 - 4

Najbliższe wydarzenia

wtorek 21 październik, 18:00 - 00:00
Ręcznie robione - wystawa kolaży i fotografii Beaty Łobodziec (10 października – 6 listopada 2014)
Cisna, Galeria Przy Pętli
środa 22 październik, 18:00 - 00:00
Ręcznie robione - wystawa kolaży i fotografii Beaty Łobodziec (10 października – 6 listopada 2014)
Cisna, Galeria Przy Pętli
czwartek 23 październik, 18:00 - 00:00
Ręcznie robione - wystawa kolaży i fotografii Beaty Łobodziec (10 października – 6 listopada 2014)
Cisna, Galeria Przy Pętli
piątek 24 październik, 18:00 - 00:00
Ręcznie robione - wystawa kolaży i fotografii Beaty Łobodziec (10 października – 6 listopada 2014)
Cisna, Galeria Przy Pętli
sobota 25 październik, 18:00 - 00:00
Ręcznie robione - wystawa kolaży i fotografii Beaty Łobodziec (10 października – 6 listopada 2014)
Cisna, Galeria Przy Pętli
niedziela 26 październik, 18:00 - 00:00
Ręcznie robione - wystawa kolaży i fotografii Beaty Łobodziec (10 października – 6 listopada 2014)
Cisna, Galeria Przy Pętli
poniedziałek 27 październik, 18:00 - 00:00
Ręcznie robione - wystawa kolaży i fotografii Beaty Łobodziec (10 października – 6 listopada 2014)
Cisna, Galeria Przy Pętli
wtorek 28 październik, 18:00 - 00:00
Ręcznie robione - wystawa kolaży i fotografii Beaty Łobodziec (10 października – 6 listopada 2014)
Cisna, Galeria Przy Pętli
środa 29 październik, 18:00 - 00:00
Ręcznie robione - wystawa kolaży i fotografii Beaty Łobodziec (10 października – 6 listopada 2014)
Cisna, Galeria Przy Pętli
czwartek 30 październik, 18:00 - 00:00
Ręcznie robione - wystawa kolaży i fotografii Beaty Łobodziec (10 października – 6 listopada 2014)
Cisna, Galeria Przy Pętli

Facebook

Nasz kanał YouTube

Artykuły

Atrakcje w Bieszczadach

Ciekawe miejsca w Bieszczadach

Cerkwie, koscioły i cmentarze w Bieszczadach

Szlaki turystyczne w Bieszczadach

Szlaki rowerowe w Bieszczadach

Trasy samochodowe w Bieszczadach

Zabytki w Bieszczadach

Fauna bieszczadów

Flora bieszczadów

Ciekawostki

Ciekawi ludzie w Bieszczadach